siga siga po polsku
Rozkminę mam. Dziwną.
Otóż… Im dłużej mieszkam na Krecie, tym mocniej czuję, że to gadanie o greckim siga siga to trochę ściema jest. Może kiedyś w dobie wiejskich wspólnot Krety rolniczo – pasterskiej można było mówić, że siga – siga, razem powolutku damy radę. Teraz raczej obowiązuje „Ti na kano?”, takie bardziej pesymistyczne i negatywnie akceptujące „Cóż począć?”
Zgodnie z moją teorią, to poczucie siga siga, że świat wokół nas zwolnił i wypiękniał pojawia się wtedy, gdy sami przechodzimy w tryb wakacyjny. To my doświadczamy siga siga, bo oto rzuciliśmy na tydzień korpo, morze chłodzi stópki a dorada lśni w słonku na talerzu. I nagle ci Grecy wydają się tacy wyluzowani, dziadki powoli przesuwają koraliki komboloi w kafeneio, uśmiechnięty kelner niesie nam raki a babki wesoło plotkują pod sklepem z pamiątkami.
Skąd mamy wiedzieć, że dziadki nad ranem przed skwarem dnia, przycięli winorośl a teraz dyskutują o środkach zwalczania szkodników, kelner od kwietnia nie miał dnia wolnego i jedzie na dopalaczach a sprzedawczynie gadają, że owszem turystów sporo wchodzi do sklepu, ale tylko oglądają i mało kupują.
Upał i ryk cykad nie działają kojąco, ale na szczęście codzienną przyjemność i odrobinę powolności można złapać przy freddo, gdzieś po drodze, w wieczornym powietrzu, nasączonym dźwiękami świerszczy i liry z dalekiego panigiri, jakiejś rozmowie codziennej, ciekawości nieznajomej osoby.
Skąd taka u mnie rozkmina? A no stąd, że my również właśnie włączyliśmy tryb wakacyjny, tyle, że aktualnie spędzamy czas w warszawskiej dzielnicy Ursus.
Łazimy niespiesznie po Wawie, bogatej w przedstawienia plenerowe, muzyczne ogrody, spotykamy się w różnych gronach, gadamy, jemy pyszności, jakieś rameny, sushi, pierogi, śledziki, kupujemy słabo dostępne na Krecie pamiątki w rodzaju lamp, suplementów, czy strojów sportowych do pracy.
I co? Przyznaję, że mam tu poczucie siga siga. Ludzie chodzą powolutku z matchą w kubeczku, kobitki gadają przy piaskownicy, kołysząc wózkami, dziecioki kręcą fikołki na bezpiecznych placach zabaw, nastolaty śmigają na rowerach, emeryci na ławeczkach w parku, omawiają senioralne programy uniwersytetu 3go wieku, kupujący niespiesznie przebierają pomidorki w osiedlowym warzywniaku, klapki paczkomatów i truskawkomatów otwierają się zachęcająco. Drzewa zielone szumią. Liście błyszczą wymyte deszczem, co spadł po tych 3 dniach straszliwie upalnego lata. Trawy i hortensje na skwerkach falują na wietrze uspokajająco. W powolnym rytmie siga siga.
Gdzież ten pośpiech? Nie wiem. Chyba w Rethymno.





