KEP czytaj KJEP
– Potrzebuję choćby jakiegoś małego sukcesu – powiedziałam zniecierpliwiona rano.
I sukces nadszedł. Co prawda, tu, na Krecie, sukcesem bywają te z pozoru oczywiste, proste rzeczy, ot, choćby zamówienie w greckim systemie kart EHIC (czyli polski EKUZ).
W związku z tymi kartami zwizytowaliśmy kilka urzędów KEP (czytaj swojsko KJEP czyli taki tutejszy urządu obsługi obywatela) w każdym przybierając głupkowaty uśmiech petenta, co to nic nie wie. W dwóch poinformowano nas, że KEP już takiej usługi nie wykonuje, ponieważ można to zrobić samodzielnie na stronie rządowej.
Normalnie sztos!!! Aczkolwiek z tyłu głowy zapaliła mi się czerwona lampka, że to jednak zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Tu rzeczy banalnie proste potrafią obrócić się w grecką tragedię. Czasem bywa też na odwrót na szczęście.
Rada nierada weszłam na tę rządową stronę niczym w labirynt Minotaura bez żadnej nici Ariadny. System przewlókł mnie po swoich ciemnych zakamarkach, wyznaczając kolejne misje, niczym 12 prac Heraklesa.
Natłukłam przy tej okazji parę dobrych kilometrów, odbywając kilkanaście przebierzek na dach naszej chałupy celem złapania kreski sygnału i odebrania kolejnych kodów weryfikujących. Byłam twarda i nieugięta. Aż do momentu, gdy utknęłam w ślepym zaułku z komunikatem, że muszę udać się do … KEP, czytaj KJEP. No to kjepawo.
Sprawa wyglądała na przegraną, ale postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jeden KEP, polecany przez znajomego. Tamże dwóch kreteńskich wojaków ku naszemu zdziwieniu podniosło rękawicę i stanęło dzielnie do walki w naszej sprawie. Bohatersko zignorowali zalecenie z ich systemu, aby nas spuścić na bambus, bo wnioski o karty EHIC tylko przez stronę rządową przecież i wara z tym od KJEPu.
Szale zwycięstwa przechylały się z jednej strony na drugą, wiele chwil niepewności przyżyliśmy w tym niepozornym budyneczku wiejskiego urzędu, wychodząc z niego raz po raz w celu, no wiadomo, złapania kreski zasięgu i odebrania magicznych kodów dostępu.
I wreszcie jeden z dzielnych wojaków z miną zwycięzcy wyjął z drukarki pachnące świeżym tonerem dokumenty z tymczasowymi numerami kart. Wzięliśmy je z nabożeństwem, wychwalając pod niebiosa naszych dwóch rycerzy.
Grecja uczy zadowolenia z rzeczy, które powinny być proste i oczywiste jak poranna kawa.
Od tego pamiętnego dnia minęły już co prawda 2 miesiące a plastykowe karty do tej pory nie dotarły do naszej wiochy, ale co tam, mamy ich magiczne numery i już pojutrze wyruszamy w nasz wielki road trip przez Peloponez do Polski.
Trzymajcie kciuki