Greckie przyzwyczajenia
Dwa tygodnie temu wróciliśmy na Kretę po miesięcznej podróży, w czasie której nakręciliśmy naszym autkiem ok. 5700km, przemierzając Grecję, Włochy, Austrię, Czechy, Polskę, Węgry, Rumunię i Bułgarię. Ta podróż po raz kolejny uświadomiła nam, jak mocno siedzi w nas … Grecja.
Mowa zatem będzie o małych, rozkosznych greckich przyzwyczajeniach, z których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy.
1. Gdy siadamy w knajpie, dajmy na to w Polsce, oczekujemy, że za chwilę kelner nakryje stół papierowym obrusem, po czym, bez zamawiania, wjedzie dzbanek z wodą i koszyk z chlebem. Pal sześć ten papierowy obrus, ale czemu nie ma ani wody, ani chleba…
2. Bardzo nas zadziwia fakt, że gdy prosimy o rachunek, to dostajemy… rachunek!? A gdzie raki, gdzie arbuzik, chociaż jabłko z cynamonem albo już od biedy ta kreteńska chalvas, za którą nie przepadamy. Rozczarowanie… Zwłaszcza, że kwoty na tych rachunkach! Fiufiu… Panagia mou!!!
3. Potrzebujemy kontaktu z człowiekiem, w miejscach, w których jest on sukcesywnie wypierany przez automatyzację.
Nie lubimy maszyn, bramek i szlabanów na czip, kod, kartę czy inne ustrojstwo (choć marzy nam się inpost w Spili). Puste stacje benzynowe z automatycznymi terminalami napawają nas smutkiem. Nic ciekawego tu się nie wydarzy. Nikt nie pospieszy zamienić z nami kilku słów, obsługując dystrybutor. Nikt nie poczęstuje kawką i cukierkiem na drogę. Anthoula z naszej stacji często robi nam kawkę i życzy „kalo dromo” (Dobrej drogi)
Unikamy kas samoobsługowych. Tu na Krecie ich nie ma, przynajmniej w naszej okolicy. W galerii handlowej w warszawskim ursusie patrzyliśmy bezradnie na 4 bułki w naszym koszyku nie wiedząc, co mamy wbić na kasę, czy one są babuni, czy dziadunia, czy orkiszowe czy poznańskie. Z pomocą pospieszyła nam na szczęście dziewczyna z obsługi.
– Bo ja ze wsi jestem – rzucił Marko
– Pan się nie martwi. Ja też – dziewczyna zaśmiała się i wbiła właściwy kod na kasie.
Co z tego, skoro za chwilę zgubiliśmy paragon, nie wiedząc, że jest on przepustką do wyjścia na wolność przez bramki sklepu. Marek postanowił więc wyjść pod bramkami, podczas gdy ja nerwowo grzebałam w torbie w poszukiwaniu paragonu.
– No ładnie się pan wymyka ze sklepu!– znów podbiegła do nas dziewczyna z obsługi i wypuściła nas na wolność.
Czy ktoś jeszcze tak ma?