Kreta w śniegu?
Nad doliną Spili świeci słonko. Powietrze pachnie wilgotną ziemią. Powoli zielenią się płowe zbocza i oliwne gaje. Tyle mogę powiedzieć. Na ten moment. Co jest za górą Psiloritis, i jeszcze dalej za Dikti, albo za Lefka Ori– nie bardzo wiem. Z mojego centrum zarządzania wszechświatem nie widać aż tak daleko.
Kilka wiosek w dolinie Amari i Mylopotamos dotkniętych ostatnimi ulewami próbuje przywrócić swój świat do normalności. Większość mieszkańców żyje jednak zwyczajną, niekatastroficzną codziennością.
W Górach Idajskich widzę delikatne pasemka śniegu. „Śnieg na Krecie” mogłabym powiedzieć. Albo „Kreta w śniegu”. Czy takim zdaniem odstraszę plażowiczów i zanęcę, dajmy na to, narciarzy? Czy to zdanie jest prawdziwe?
Unikam krótkich zdań, takich w których podmiotem jest Kreta, a orzeczeniem jakiś stan, nie daj Boże, katastroficzny. Unikam też prostych prawd absolutnych typu „Na Krecie zawsze świeci słońce” albo „Na Krecie zawsze wieje”. Z roku na rok coraz bardziej czuję, jak niewiele wiem o tej wyspie, choć przecież wiem tak wiele. Łapię się na tym, że na coraz więcej pytań od naszych gości odpowiadam „to zależy”. A przecież sama nigdy nie lubiłam stopnia skomplikowania czającego się w tym przeklętym „to zależy”.
A jednak… Każde uogólnienie będzie nieprawdziwe. Staram się wyrażać bardzo precyzyjnie, choć coraz częściej wolę już w ogóle nie zabierać głosu. Tylu wokół kretologów, gości od „kretańskich pamiątek” i „miniońskiej cywilizacji”, od unikalnych planów podróży i zawalonych gwiazdkami map interaktywnych. Tyle dziennikarskich portali, tych od katastroficznie klikalnych nagłówków. Im dalej od miejsca zdarzenia tym zdania stają się krótsze i lakoniczne, przekaz prosty, bijący od razu w łeb. Rzeczowniki najlepiej w liczbie mnogiej, często tracą swoje przydawki. O ileż prościej napisać „ofiary” zamiast „jedna ofiara”, „drogi” zamiast „kilka podrzędnych dróg w górskich rejonach”, „wioski” zamiast choćby „kilka górskich wiosek w gminie X”.
Tragedia zawsze pozostaje tragedią. Mało kto doczyta że jedyną ofiarą ulewnych deszczy był pasterz, który wracając do domu po karmieniu owiec próbował przekroczyć wezbrany już bród. Być może zawsze tak robił. Być może koryto zawsze było wyschnięte. Może chciał uciec przed deszczem, a do mostu było za daleko?
Kto doczyta, że 8 osób, które ulewa uwięziła w wąwozie Samaria to nie przerażeni, pozostawieni na pastwę żywiołu turyści, tylko pracownicy parku narodowego, którzy prowadzili wyznaczone im prace. Mieli zaopatrzenie, opał, łączność ze światem, ich miejsce przebywania było znane a akcja ich uwolnienia przebiegła zgodnie z planem po opadnięciu wody.
Kto będzie dociekał skąd woda znalazła się w kilku miejscowościach turystycznych? Czy problemem okazały się jedynie masy wody spływające ze stromych zboczy ku morzu, czy może też zasypane koryta potoków, zalane betonem niecki dawnych rzek, nabrzeża zabudowane infrastrukturą mieszkalną i turystyczną.
I jeszcze to pytanie, czy rzeczywiście najstarsi Kreteńczycy takich zjawisk pogodowych nie widzieli. Sama pamiętam nocne burze, które zapalały żarówki w naszym domu. Pamiętam też przerażające ulewy, tylko że nie w październiku, a w miesiącach zimowych, kiedy to nikt specjalnie się Kretą nie interesuje. Mieszkańcy w medialnej ciszy odbudowali wtedy zawalone mosty, naprawili szkody, tak by zdążyć przed sezonem
„O! W lutym 2019 tę drogę zabrała woda” – mówię gdy przejeżdżamy przez wąwóz Kourtalioti. „- Nie, niemożliwe, przecież Kreta to taka sucha wyspa” – słyszę wtedy często.
Zatem dziś cieszę się pogodną twarzą wyspy, bo przecież na Krecie nie zawsze i nie wszędzie świeci słońce.
Co będzie jutro? Deszcz, wiatr, pył z Afryki, upał czy grzmoty i błyskawice?
Θα δούμε (tha dume) – Zobaczymy





