Ufność czy naiwność?
Dajmy na to jest sobota wieczór. Z nieba wali żar. I nagle psuje Wam się sprzęgło na długiej trasie z Wiednia do Pireusu. Rzecz się dzieje na prowincji, niech będzie, że Rumuni. Serwis w najbliższym miasteczku jest już zamknięty. Zresztą w niedzielę też ma być zamknięty. A może nawet w poniedziałek, bo akurat wtedy świętuje prorok Eliasz, ten sam co na Krecie miewa kościółki na szczytach gór. Ech, Eliaszu, Eliaszu, ratuj!
Oto właśnie rozpadły się wasze plany, ale radzi nieradzi, wściekli i rozżaleni holujecie auto pod ten serwis i dosłownie w pocie czoła szukacie jakiegoś pokoju w tym obskurnym miasteczku, w którym nigdy nie planowaliście być.
Pod zamkniętym serwisem siedzi jakiś gościu. Zagadnięty odpowiada, że zarządza tym serwisem. Jest bardzo sympatyczny, słabo mówi po angielsku, ale widzi wasze greckie tablice i nie wiedzieć czemu, zaczyna do was gadać … po grecku. Bierzecie to za dobrą monetę.
Gościu obiecuje, że w poniedziałek, około południa zadzwoni i powie co dalej z zepsutym sprzęgłem. Uprzedza też, że naprawa może potrwać aż do czwartku. Podrzuca was nawet do hotelu – miejsca waszego utknięcia i zanim wpadniecie w rozpacz, pociesza, że to taka „evkierija” (okazja), żeby pooglądać miasteczko, bo ono zabytkowe, nad Dunajem i rzymski cesarz Trajan tu most zbudował i kawałek tego mostu nawet się ostał, i jeszcze jakaś forteca średniowieczna, no i Serbia na drugim brzegu Dunaju.
I teraz powiedzcie, co robicie?
Wierzycie mu? Dajecie mu kluczyki? Bierzecie za dobrą monetę to, że jest miły, uczynny, gada po grecku i że kręci się pod serwisem (co prawda zamkniętym)? Czy nabieracie podejrzeń?
Cóż… Obiektywnie na to patrząc, daliśmy kluczyki do naszego wypakowanego pudłami po sufit auta zupełnie obcemu człowiekowi, w obcym kraju, ufając, w sumie bezpodstawnie, że rzeczywiście jest pracownikiem serwisu.
Spędziliśmy nawet miły wieczór w tym dziwnym miasteczku, pełnym upiornych budynków dawno zamkniętych zakładów, sklepików z przykurzonymi, niezmienianymi od lat wystawami i monstrualną współczesną fontanną o ruchomych metalowych mackach, obracających się na tle obrzydliwego poskomunistycznego molocha.
Dopiero nocą przyszły pewne obawy, nie wiem, może od brązowej ohydnej wykładziny w pokoju albo od dziwnej białej tapety w złoto – czarne wzorki.
Bezsenność pogłębił jeszcze chatgpt, zgodnie z którym owszem z jednej strony ilość kradzieży aut w Rumunii znacząco spadła i nawet okazała się mniejsza niż w Polsce, ale z drugiej strony Rumunia – jako kraj Dacii miała specjalizować się w kradzieżach tych właśnie aut na części. Poczytałam o zorganizowanych szajkach i nielegalnych warsztatach, rozbierających auta na części i właściwie już widziałam naszego Dustera w częściach w takim właśnie warsztacie.
Nad ranem już niemal byliśmy pewni, że laweciarz był w zmowie z gościem spod serwisu. Teraz dopiero zaniepokoiło nas, że mężczyzna, kręcił się pod zamkniętym serwisem, którym rzekomo zarządzał, zamiast siedzieć wygodnie w środku w klimatyzowanym wnętrzu. Do tego niedzielny przestój, my jako zestresowani frajerzy, podwózka pod hotel, miła grecka gadka dla uśpienia naszej czujności.
W każdym razie w niedzielę z rana pełni najczarniejszych myśli, w milczeniu, wędrowaliśmy pod serwis niemal pewni, że naszego Dustera tam już nie będzie.
Ale jednak … Ufff… Stał, tam gdzie go zostawiliśmy. W dodatku otwarty, bo okazało się, że w sobotę w stresie nie zamknęliśmy drzwi.
Gościu z serwisu naprawił auto sprawnie i szybko w poniedziałek, na drogę podarował nam rumuńską raki, a my mu w podzięce polską wódkę i wiedeński tort Sachera.
W poniedziałek wieczorem wyruszyliśmy w dalszą drogę, byleby do Grecji, byleby bliżej domu.
Długo o tym rozmawialiśmy. Obie historie, ta o uczciwym i uczynnym pracowniku serwisu i ta o zorganizowanej szajce były realne. Ważne jest którą z tych historii wybraliśmy instynktownie. Jeszcze kilkanaście lat temu bylibyśmy bardziej ostrożni i podejrzliwi?
Teraz siedzi w nas Grecja, zaufanie do obcego, wiara, że nie zrobi nam krzywdy.
Dobrze to, czy źle…
Nie wiem.
Ale chyba nic z tym się już nie da zrobić.