Grecja? Tylko na wakacje
Konsekwencją wsadzania kija w mrowisko bywają często komentarze w rodzaju: „i dlatego właśnie nie przeprowadzę się do Grecji”, „Grecja? Jednak tylko na wakacje”, „kiedyś myślałam o przeprowadzce, teraz jestem pewna, że to nie dla mnie”. Trochę takich reakcji pojawiło się i u nas, po naszych niedawnych smutnych doświadczeniach. A przecież opisałam je tylko i wyłącznie z potrzeby serca, kierowana wewnętrznym fermentem, niepohamowaną chęcią wyrażenia smutku i bezsilności.
Dni jednak jakoś tam sobie płyną, wypełniamy je zajmującą codziennością. Dziś choćby czyszczę podjazd do naszej chaty z chwaściorów i afrykańskiego pyłu, raz po raz wyrywam kępy zielska i odkrywam kolejne mrowiska, zasypuję je niebieskim proszkiem, zsyłając rewolucje na mrówkowe cywilizacje, ziemia mieni mi się w oczach od mrówczanych przemarszów, ale i w moim umyśle trwa nieustanna parada myśli. Tym razem zawiesiłam się na tych komentarzach. I nie, żeby one mi coś robiły. Po prostu bardzo mnie ciekawi o czym one tak naprawdę są. Po co ktoś ma potrzebę pozostawienia kilku niby niewinnych słów zapewnienia, że nie wyprowadziłby się jednak z Polski.
Przecież nie robi tego dla mnie. Ja już się przeprowadziłam z Polski na Kretę i nie zamierzam się stąd ruszać. Może robi to dla siebie? Upewnia się w przekonaniu, że dobrze wybrał?
Ktoś, kto naprawdę planuje przeprowadzkę, znajdzie argumenty by to zrobić.
Ktoś komu dobrze na swojej kanapie, znajdzie argumenty, by na niej pozostać. I uwierzcie mi, nie mam absolutnie nic przeciwko kanapom.
Gdyby wszyscy Kreteńczycy nagle zaczęli kochać wszystkie zwierzęta, czy to wpłynęłoby na czyjąś decyzję o przeprowadzce? No jakoś nie sądzę. Na szczęście w kolejce argumentów pozostaje jeszcze: grecka biurokracja, służba medyczna, zima i inne „nie do zniesienia” rzeczy…Im więcej tego, tym większa ulga, że jednak nie trzeba wywracać życia do góry nogami.
Jak by na to nie patrzeć czuję też w takim komentarzu jakiś osąd. Bo skoro jednak przeprowadziliśmy się z cywilizowanej Polski do tej trochę strasznej Grecji, to czy to znaczy, że akceptujemy wszystkie tutejsze niesprawiedliwości? Znosimy to, co w Polsce byłoby nie do pomyślenia? Jak można to znieść? Ktoś inny by nie zniósł. Czy coś jest ze mną nie tak? A gdybym tak hipotetycznie powiedziała, że nie dałabym rady mieszkać w Polsce, bo na przykład, wolę wolne kózki na kreteńskich zboczach, niż chów przemysłowy w Polsce? Owszem, na Krecie też istnieje chów przemysłowy, ale na zdecydowanie mniejszą skalę.
Nie cierpię powierzchownych osądów. Drażni mnie, gdy ktoś sprowadza Kretę do błękitnego nieba, freddo na plaży, dziadków w kafenio i siga – siga. Ale tak samo coś się we mnie buntuje, gdy ktoś wyciąga jedynie cierpienie zwierząt, patriarchat i vendetę.
Życie jest gdzieś pośrodku, w całkiem zwyczajnej codzienności. Dziś na przykład tępiłam mrówki, rozwieszałam żarówki solarne z Lidla na oliwkach w ogrodzie, położyłam gazanię na nagrobku Agatki.


