Dom
Pamiętam, jak wiele, wiele lat temu, na kilka tygodni przed naszym ślubem, moja mama – polonistka z krwi i kości – zadała nam mentorskim tonem to niezapomniane pytanie:
– Powiedzcie dzieci, czego synonimem jest dla was dom?
Popatrzyliśmy na siebie z Magdą niepewnie, trochę jak uczniowie w szkole wyrwani do tablicy.
Przez wiele lat nie zastanawialiśmy się nad tym „domem”. Mieszkając w Warszawie zawsze mieliśmy jakieś większe czy mniejsze, ale przytulne i własne miejsce do życia.
Teraz – zwłaszcza po dłuższym wyjeździe – temat „domu” jakoś we mnie rezonuje, powraca. Zadaję sobie pytanie „dlaczego tak bardzo lubię do niego wracać i dlaczego tak za nim tęsknię?”
I oczywiście nie ma jednej odpowiedzi. Bo nasz dom to trochę taka „Shrekowa cebula” – ma wiele warstw.
Lubię o nim myśleć jak o „wyspie na wyspie”, naszej oazie spokoju na skraju zapomnianej, górskiej wioski.
Lubię związane z nim codzienne rytuały jak poranny „obchód” ogrodu, czy wieczorne podlewanie albo jesienno – zimowe posiadówy przy rozpalonej kozie albo nasze dłuższe bądź krótsze spacery „wokół komina”.
Lubię okołodomowe spotkania – te przypadkowe i zaplanowane – z naszymi sąsiadami, znajomymi i przyjaciółmi
Lubię domowe przedmioty, zwłaszcza te z którymi wiążą się jakieś dobre wspomnienia – kubańska maska w kształcie małpiej głowy, malowany piaskiem obraz z Pustyni Zachodniej, „lampa Aladyna” z bazaru w Stambule, czy kamień z plaży Ligres…
Ale nasz dom to również zakonserwowany pień po starym orzechu włoskim, który nam obumarł kilka lat temu, czy schowany w cieniu oliwnego drzewa nagrobek naszej kotki Agatki.
I nasza codzienność – ta skrupulatnie zaplanowana i ta spontaniczna pełna kolorowych niespodzianek.
Teraz po powrocie do Mourne z miesięcznej podróży (wciąż mając w pamięci nasz nieplanowany pobyt w Rumunii związany z awarią auta) bardzo chcieliśmy trochę pomieszkać, pocieszyć się domem i ogrodem, poleniuchować. Szybko okazało się jednak, że w ten nasz relaks trzeba wpleść załatwienie paru prozaicznych spraw jak serwis auta, wymiana zepsutej płyty gazowej i – przy okazji – starego piekarnika, spotkanie organizacyjne w farmie do której zabierzemy już wkrótce naszych gości z tygodnia biesiadno – spacerowego „Pame na fame”. Samo życie.
Jednocześnie pojawiła się też opcja trekingu na Pachnes – najwyższy szczyt Gór Białych, z którego mamy dziś podziwiać zachód słońca i pełnię księżyca. Jedziemy! Na 2 dni, a może dłużej, zobaczymy. I znów pewnie przyjdzie nam zatęsknić za domem!
A pamiętacie tą piękną scenę z filmu „Gladiator” w której Maximus (Russel Crowe) opowiada Markowi Aureliuszowi (Richard Harris) o swoim domu w Hiszpanii? Podobno Crowe nieco improwizował w tej scenie mając w pamięci obrazy ze swojego domu w Australii. Bardziej niż wypowiadane słowa, wzruszył mnie wyraz jego twarzy i malujące się na niej radość, spokój, tęsknota. I miłość.
To są również moje emocje, które towarzyszą mi zawsze, gdy opowiadam o naszym domu na Krecie.
Bo ten dom to przede wszystkim emocje…


