Dobry plan
💪 Mieliśmy dziś „zrobić” sobie Aradenę od mostu po Sfakię. Duża rzecz. Taki był plan.
🚗 Po drodze jednak zainteresował nas pewien hotel. Wydawał się idealny dla jednej z naszych grup w przyszłym sezonie. Przemiła właścicielka o imieniu Zoi, czyli „życie” po polsku, pokazała nam pokoje, po czym uraczyła nas kawką i ciasteczkami. Pogadaliśmy o naszych zimowych zajęciach, o naszym domu w wiosce, o ewentualnej współpracy i obiecaliśmy, że wpadniemy wieczorem, gdy jej mąż i syn wrócą z gaju oliwnego.
– Odpuścimy dziś tę Aradenę. Nie zdążymy – uradziliśmy wspólnie wsiadając do auta. – Do Loutro się przejdźmy.
– Tak. Loutro to dobry plan.
☕ W Sfakia zatrzymaliśmy się na chwilę u Jorgosa pogadać o pokojach na przyszłoroczny obóz wędrowny.
Omówiliśmy pogodę, zbiory oliwek, powodzenie minionego sezonu. Wypiliśmy kolejną kawkę. Jorgos zapisał naszą rezerwację na serwetce, uścisnęliśmy sobie dłonie, zrobiliśmy zdjęcie serwetki i zadowoleni ruszyliśmy do auta.
– Nici z tego Loutro. Nie zdążymy – uznaliśmy wspólnie.
– Aaaa… Walnijmy się na plaży – zaproponował Marko. – Tej tam wiesz, tej pustej.
– Tak. Plaża to dobry plan – zgodziłam się.
🏖 Na plaży zakłóciliśmy spokój dwóm golasom. Obrzucili nas niechętnym spojrzeniem. Postanowiliśmy zatem ukryć się przed tym gołym tłumem w skałkach nieopodal. Już mieliśmy się rozsiąść ale zwróciła naszą uwagę ścieżka ginąca wśród frygany.
– To może sprawdźmy, gdzie nas wyprowadzi, co? Może na kolejną plażę? – zaproponowałam
– Tak, przejdźmy się. To dobry plan – zgodził się Marko.
👫 Szliśmy chwilę w milczeniu, podziwiając skalne formacje tego odcinka wybrzeża.
– Kamper tam stoi? – zapytałam. – Zobacz..
– Skąd by tam się wziął? – zasępił się Marko. – Tak, pośrodku frygany.
– Podejdźmy tam, sprawdzimy co to i wrócimy na plażkę, co? – zapytałam
– Tak, tak zróbmy, dobry plan.
🌊 Miło nam się szło. Minęliśmy nadmorską jaskinię, zapatrzeni w przejrzystą, błękitną toń.
– Zobacz, dzwonnica – zauważył Marko. – To nie kamper, to kościółek w grocie
Odwinęliśmy drut zaplątany na gwoździu, drzwi ustąpiły.
W środku powitał nas święty o łagodnych rysach twarzy, w czerwonej szacie, z Biblią w dłoni.
– Ach, no jasne, święty Paweł tu mieszka – szepnęłam.
Grotę pomalowano na biało. O ściany stały oparte ikony kolejnych świętych, w foliowej torbie leżały świeczki a przy kadzielnicy ktoś pozostawił kartki z kalendarza z wypisanymi imionami członków rodziny i prośbą o zdrowie.
– W cudnym miejscu mieszkasz, święty Pawle – zadrutowałam drzwiczki od kapliczki. – Wracamy na plażę?
Marko patrzył w stronę imponujących klifów.
– Ja wiem? Skoro już tu doszliśmy? Sprawdźmy jeszcze ten wąwóz tam w dali – zaproponował. – Wygląda tak, jakby uchodził do całkiem ciekawej zatoczki.
– Tak, to dobry plan – stwierdziłam.

🐑 Przez kilka minut przedzieraliśmy się przez fryganę, aż dotarliśmy do zagrody pasterza. Spłoszyliśmy stadko owiec z zadkami pomalowanymi na niebiesko. Ale szło nam się już teraz znacznie wygodniej bo znaleźliśmy drogę szutrową.
– Podejdziemy tym szutrem do góry i stamtąd będzie już widać wąwóz – ucieszyliśmy się. – Zajrzymy za ten klif i wracamy na plażę, nie?
– Tak, to dobry plan.
☁ Nad górami wisiały już ciężkie chmury, ale słońce wciąż oświetlało kolorowe ule na łące i białe zabudowania wioseczki na szczycie. Szuter poprowadził nas klifem nad wąwozem. Zauważyliśmy ścieżkę na dnie wąwozu i już nawet mieliśmy szukać do niej zejścia, gdy nagle go dostrzegliśmy.

– Ten kościółek. Tam. – szepnęłam podekscytowana. – Ja już go kiedyś szukałam. I nie znalazłam. To chyba ten.
Stał wśród starych drzew oliwnych, w połowie wzgórza. Jego niskie płowe ściany zlewały się z otoczeniem.
– Sprawdźmy – Marek nie zastanawiał się wiele. Zostawiliśmy za plecami morze i obietnicę zatoki.
Znaleźliśmy zarośniętą ścieżkę i szybko ruszyliśmy w górę.
Otworzyłam skobelek. Drzwi ustąpiły.
– Tak. To tu. – powiedziałam wzruszona. Z XIVwiecznych fresków patrzyli na nas święty Jerzy, zabijający smoka, gotowany w kotle, dręczony żelaznymi widelcami, Pantokrator w głównej nawie o groźnym, chmurnym spojrzeniu, wreszcie dumni patroni, którzy ufundowali kościółek, wdzięczni św. Jerzemu za ocalenie wioski od saraceńskiego jarzma.

– Znalazłam cię nareszcie święty Jerzy. W magicznym gaju mieszkasz doprawdy.
– Wiesz, już chyba bez sensu cofać się do plaży tą samą drogą – stwierdził Marek. – Chodźmy lepiej w górę do wioski.
– Tak, to dobry plan – uznałam i ja. – Wrócimy asfaltem.

🌞 Słońce stało już nisko nad zachodnim horyzontem, gdy znów schodziliśmy na tę samą plażę, od której zaczęliśmy wędrówkę.
Para golasów wciąż tam leżała. Tym razem popatrzyli na nas ze zdziwieniem.
– Dzień świstaka – zaśmiałam się.
Położyliśmy się w skałkach.
– Idealny plan dnia dziś zrealizowaliśmy – popatrzyliśmy na siebie rozbawieni.
💙 🤍 Czasem nie ma co się upierać.
😊 Może nie dotrzemy tam gdzie planowaliśmy. Może dotrzemy tam, gdzie nie planowaliśmy dotrzeć.🤪
