Nie cierpię tych Greków?
– Nie cierpię tych Greków – rzuciłam wściekła jakieś 2 dni temu. Cóż, czasem tak bywa, że zwyczajnie nie mogę znieść tej tutejszej degrengolady, dziwnie pojętej „demokracji”, w której każdy może się wypowiedzieć, nawet nie mając pojęcia o czym mówi. Działają mi na nerwy wielkie nierealne projekty, płynna, niejasna decyzyjność, mętna komunikacja i podział kompetencji, inercja działań, kuriozalna organizacja czasu, koncentracja na kawie i żarciu.
Ale, ale…
Wczoraj zapowiadał się równie posępny dzień jak ten wściekły przedwczorajszy, zwłaszcza że czekało mnie kilka rutynowych wizyt lekarskich i badań.
I co?
– Ależ oni są cudowni – orzekłam zachwycona.
W ciągu jednego dnia nieoczekiwanie udało mi się ogarnąć 5 badań w tym trzy zupełnie bezpłatnie w ramach programu wspierania zdrowia.
– Apo pu ise? (Skąd jesteś?) – zapytała mnie pielęgniarka przy pobieraniu krwi. No jasne, że ciekawiło ją, skąd się wzięła w lutym na Krecie ta kobita o dziwnym nazwisku, która w dodatku przyszła na badania w ramach programu z greckiego ubezpieczenia.
– Apo tin Polonija – odpowiedziałam, po czym jak zwykle dodałam, że mieszkam tu na Krecie.
– Jabłko – pielęgniarka zaśmiała się.
– Milo – odpowiedziałam rozbawiona. No i wiadomo, że oto otworzyła się przed nami przytulna przestrzeń greckiego smalltalku, choć przecież nigdy wcześniej się nie widziałyśmy. I już za chwilkę wiedziałam, że córka na Erazmusie w Toruniu i że jedyne polskie słowo, które zna to „jabłko” i że ten Toruń taki piękny i czy tam teraz leży śnieg, och jakże to musi być piękne. Krew spływała do fiolki a dwie nieznające się kobiety przez tę krótką chwilę wymieniły między sobą coś zwykłego i ulotnego, ale na wskroś ludzkiego i ogrzewającego.
– Apo pu ise? – niedługo potem usłyszałam to samo pytanie. Zadała je tym razem młoda dziewczyna obsługująca mammograf. Kolejne zdziwienie skąd się tu wzięłam na bezpłatnym badaniu.
– I ci się tu podoba? – spytała z niedowierzaniem. – Ooo, urodziłaś się w tym samym roku co moja mama.
Przez moment poczułam się jakoś staro.
– Ale świetnie wyglądasz – dodała a ja postanowiłam uznać to za komplement. – A ile lat ma twój syn? – zapytała z ciekawością. – 34? Ja mam 29.
– No tak. Mogłabyś być moją córką – roześmiałyśmy się obie.
– 1 stycznia się urodziłaś? – kolejne niedowierzanie.
I tak sobie rozmawiałyśmy, w sumie o niczym, choć właściwie mogłybyśmy milczeć.
Jednak rekordy greckości pobił starszy, dystyngowany pan doktor, który z uśmiechem i spokojem zachwalał korzyści płynące z menopauzy, wymieniając m.in. oszczędność na środkach higienicznych oraz przede wszystkim wolność w uprawianiu seksu.
– Teraz już o nic nie musisz się martwić. To będzie dla ciebie bardzo dobry czas i ja ci w tym pomogę – orzekł radośnie, zabierając się do wypisania recepty.
I za te miłe zaskoczenia, gdy coś co miało być trudne okazało się łatwe, za codzienną potoczność ciepłych rozmów w sytuacjach, w których w Polsce panowała smętna służbowa cisza, za to uwielbiam Greków i jestem w stanie przebaczyć im to, za co ich nie cierpię.
