Karnawał w Rethymno 2026 – rozważania o greckości
Oto ja – 50tka z hakiem na karku, właśnie wskakuję na scenę domu widowiskowego pod Rethymno, w przykusej sukienusi, czarnej peruce i hawajskim wianku. Marek wybija rytm na dwóch „bambusach” z trzciny przyciętej pod domem. Aż trzęsą się czerwone pióra na jego głowie.
Zupełnie niespodzianie bywamy ostatnio Vaianą i Maui – postaciami z animowanego filmu, który nasza karnawałowa drużyna (po gr. omada) wybrała sobie za temat tegorocznego karnawału. W następną niedzielę wraz z całą ponad 30osobową grupą Vaian i Maui pójdziemy w wielkiej paradzie karnawału w Rethymno.
Będziemy szli za ruchomą platformą (po gr. arma), na której właśnie w pocie czoła malujemy zbudowany z papierowej pulpy wulkan. Są już bloki lawy ze styropianu, kolorowe kwiaty, fale roztrzaskujące się o wulkaniczne zbocza, a nawet rura, którą będzie tłoczony dym do wnętrza stożka. W hangarze pod Rethymno praca wre, budują się tam „army” również pozostałych „omad”, których jest aż 32.
Od zawsze woleliśmy uczestniczyć niż tylko obserwować. Gdy wstępowaliśmy do omady myślałam, że kupimy stroje i podmuchamy sobie w gwizdki na paradzie. Tymczasem omada stała się dla nas bezpiecznym poligonem doświadczania greckości. Dostaliśmy w pakiecie cenną i niełatwą lekcję kulturowej odmienności, intensywne ćwiczenia z akceptacji greckiego podejścia do zadań. Nasza obecność w omadzie trochę już trwa i od jakiegoś czasu fermentują mi w głowie refleksje z tym związane. W ostatnim tygodniu karnawału czas dać im wreszcie upust.
Odsłona 1 Darcie gazet
Na początku były ścinki. W kącie hangaru pod Rethymno siedzą kobiety i drą … gazety. Tłumaczą, że to na papierową pulpę i z niej będzie wulkan. Hmmm? No nic. Dołączamy do darcia. O! I jest pierwsza skrzynka. Zastanawiam się, jak długo zbierali te gazety, ile ich nazbierali, ile tego potrzeba na wulkan, czy starczy i czy zdążymy. Marek mówi mi po cichu, że właściwie wystarczyłaby jakaś niszczarka. W popłochu zadaję sobie pytanie, jak często przyjdzie mi przyjeżdżać z Mourne do hangaru pod Rethymno, żeby podrzeć wspólnie gazety?
Obok faceci dumają nad konstrukcją z prętów, jak by tu z graniastosłupa uczynić stożek. Staje mi w głowie obraz z filmu Apollo 13, ten, gdy trzeba było okrągłe rurki dopasować do kwadratowych otworków, albo odwrotnie. Myślę sobie, poważna to sprawa, jest zadanie kreatywne i jest deadline. Już czuję jak gdzieś z odmętów wyłazi moje zapomniane korpozwierzę i wymachuje schedżalem.
– My to robimy dla zabawy. Przyjeżdża kto chce, kto może, kiedy może – śmieje się Mina – szefowa projektu – Wy też jak macie jakieś pomysły, to mówcie. Ale tu chodzi o zabawę.
Ach, No taaaak. Korpozwierz znika szybko z podkulonym excelem.
Tego dnia dowiaduję się również, że prócz parady czeka nas też występ taneczny w Timeli – wielkiej sali widowiskowej na 500 osób. Ten taniec trzeba wymyślić. Ma być hawajski rytm wybijany bambusami przez Maui, miękkie biodra, faliste ramiona Vaian i jeszcze do tego hawajska zielona bogini ziemi Te Fiti. Zupełnie niespodziewanie zostaję namaszczona nadwornym choreografem grupy hawajskiej, bo przecież tańczyłam flamenco.
Chłopaki spawają pręty, bez okularów. Iskry lecą. No dobra!
Skończyły się na dziś gazety, zresztą Rafail ma dziś urodziny. Jest ciasto i raki. Fajrant.
W nocy po powrocie do domu ja i mój perfekcjonizm siedzimy pospołu nad tajnikami tańca hula. Zgłębiam filozofię hula, znaczenia gestów, już nawet umiem zatańczyć słońce, kwiat, falę i miłość.
Czy uda mi się tego nauczyć Greków?
Odsłona 2 rozważań karnawałowych o greckości czyli co Kreteńczyk trzyma w bieliźniarce i jak pożenić Hawaje z Grecją
Rośnie nasz karnawałowy wulkan. Oto stał się stożek z graniastosłupa. Faceci wyżymają szare kupy gazecianej pulpy z wody, reszta drobi je na zacierki. Powoli powstaje świat nasz hawajski z chaosu prętów, tektury, gazecianej materii i taśmy klejącej. Mój korpozwierz corazto wystawia łeb i coś tam skamle, że za powoli, ale pokazuję mu środkowy palec…
Zgodnie z życzeniem naszej karnawałowej omady (drużyny) ułożyłam prostą hawajską chorełkę, do piosenki z filmu o Vaianie, którego zresztą nie widziałam. Myślę sobie, że dam radę ich tego nauczyć. Ale oto dostaję nagle newsa, że te hawajskie hula trzeba połączyć z … buzukia (popularne piosenki greckiej miejskiej tradycji muzycznej). Coś, jakby maoryskie haka miało przejść w discopolo. Że niby ci Hawajczycy zafascynowani światem greckiej piosenki nagle zaczynają śpiewać i tańczyć greckie zeibekiko i tsifteteli. No bo przecież nie ma nic piękniejszego od greckiej muzy. I teraz główny problem to jak to pożenić i czy mam na to pomysł.
Rrrrany! Świat niemożliwości dzieje się na mych oczach. Na drzewo z wypieszczoną mą chorełką. Ucieram wciąż te gazeciane zacierki, ale we łbie mój perfekcjonizm już dłubie nad idealną, niegłupią fuzją grecko – hawajską.
Pomysł, żeby Hawajczycy wymienili swoje bambusy na kreteńskie laski pasterskie nie spotyka się z uznaniem omady. Po pierwsze kultura buzukia nie ma nic wspólnego z ludową muzą Krety. A po drugie odkrywam z zaciekawieniem, że kreteńscy mieszczanie (członkowie naszej omady są głównie z Rethymno) unikają jak ognia pasterskiej symboliki. W sumie nic w tym dziwnego, skoro Kreta wciąż żyje protestami pasterzy i rolników, związanymi z aferą z dotacjami unijnymi oraz z umową Mercosur. Laska pasterska mogłaby też przywołać niechciane przez omadę skojarzenie z bronią, którą podobno każdy Kreteńczyk trzyma w bieliźniarce.
– Ja nie trzymam – mówi Mina. – Mogę ci pokazać. Trzymam tam obrusy. Nic ciekawego.
Zadziwia mnie też reakcja na mój drugi pomysł, żeby pożenić hawajską boginię ziemi Te Fiti z kreteńską boginią wężową.
– Nikt tu tego nie zrozumie – słyszę wyjaśnienie. Zastanawiam się jak to możliwe w kraju, gdzie ponoć nauczanie historii opiera się głównie na historii Grecji. Mina jest zdziwiona, skąd my ekspaci tak dobrze znamy wężową panią. No jak to? Tłumaczę, że przecież piersiasta bogini z Knossos to jeden z najczęściej powtarzających się obrazków w turystycznych folderach i przewodnikach.
Jak to możliwe, że wężowa boginka, tak hołubiona przez wszystkie nawiedzające Kretę kobiece grupy rozwoju duchowego, nie ma dobrego PR wśród samych Kreteńczyków? Może się im znudziła, jak powtarzana niczym starta płyta legenda, może jest takim kreteńskim światowidem, królem popielem, co z myszami walczył, wandą, co niemca nie chciała?
– No to co jest w końcu takim zrozumiałym dla was symbolem greckości? – pytam zaciekawiona.
– Oliwa. Gałązka oliwna. – słyszę.
Ufff… Ustalamy, że tancerze buzukia wręczą hawajskiej bogini gałązkę oliwną.
Jejuś, niby taki błahy temat jak karnawał, a przy okazji można potknąć się o wielką politykę, problemy społeczne, różnice kulturowe. Można też przy okazji kopnąć w tyłek korpozwierza, wysłać na drzewo perfekcjonizm i obśmiać złudne poczucie rozumienia świata.
Ale co tam! Wchodzi żarło. Ziemniaczki pieczone w brytfankach, zawinięta w ślimak spanakopita, kiełbaski, tzatziki…
Fajrant. Kurtyna.
Czy myślicie, że hawajska bogini Te Fiti dostanie tę gałązkę oliwną?
Czy moje naturalne dążenie do porządkowania chaosu dostanie po dupie?
Odsłona 3 czyli o greckiej demokracji i śpiewaniu do skakanki
Miejsce akcji: zamknięty w sezonie zimowym beach bar w okolicy Rethymno. pusty basen, pusta plaża
Jak pisałam w poprzednich postach zostałam choreografką tańca hawajskiego dla naszej omady czyli drużyny karnawałowej na występy w domu widowiskowym Timeli.
Mam trochę stresa. Za chwilę zwali się tu omada i będziemy próbować taniec, którego w sumie nie wymyśliłam, bo nie wiem ani jak duża jest ta scena, ani ile osób na tej scenie, ani jak zgodnie z zamysłem grupy, muza hawajska ma przejść w … greckie buzukia. Eeeetam… Jest we mnie luz. Kiedyś musiałabym mieć plan A i B i C na różne warunki brzegowe. Gadają, że emigracja zmienia mózg. Coś w tym widać jest. Wiem, że coś tam wymyślę.
Schodzą się powolutku członkowie omady. Witają się i … siadają. Wszak nie można zaczynać bez kawy. Jeszcze nie wiem, że czeka mnie jedna z trudniejszych lekcji cierpliwości i ogarniania chaosu.
Najpierw okazuje się, że właściwie nikt z Greków nie chce tańczyć jako Hawajczyk, za to wszyscy chcą śpiewać buzukia. W efekcie zostaję z 5 „tancerzami” hula, w tym Marek i kilkoro belgijskich ekspatów. Myślę sobie „to nawet lepiej”. Zrobię swoje w małej grupie i będzie git.
Och, jakże się mylę. Czeka mnie surowa lekcja „greckiej demokracji”. Co z tego, że Grecy nie tańczą z nami hula? To nie zmienia faktu, że nie mogą się o hula wypowiedzieć. Każdy chętnie zajmie jakieś stanowisko, perorując z poziomu wysokiego barowego stołka, w oparach dymu z kolejnych cygaretów. A czy lepiej, żeby laski weszły z tej strony, a może z tej, a przodem, a tyłem, a z krzykiem, a gdzie jest „raz”, a czemu nie wchodzą na „raz”, a okrakiem, a z przytupem, i w części greckiej niech stoją przy hawajskiej bogini z uniesionymi bambusami, albo z opuszczonymi, niech uderzają, a może jednak nie. Jest strasznie głośno i wali dymem. Ja ogarniaczka chaosów walczę. Marko z sąsiadem wymachują bambusami, pokrzykują i wybijają rytm. Czasem w rytm, czasem nie w rytm.
Spuszczam na ten bambus dążenie do perfekcji. A co tam! Niech żyje chaos! Chaos jest fajny. Zwłaszcza, że w łagodne hawajskie bujanie wchodzą nagle ostre dźwięki greckiego buzukia i następuje wiązanka znanych tu wszystkim przebojów tego gatunku.
Czas na jedno z największych dla mnie zaskoczeń. Ja – podchodząca z nabożeństwem do sceny, nie mogę uwierzyć, że część grecka naszego wykonu ma polegać na UDAWANIU greckich piosenkarzy. Tak, pamiętam, jak byłam dzieckiem, puszczałam kawałki z :grundiga i śpiewałam sobie do skakanki. A tu proszę. Największe szczęście, to wyjść na środek z mikrofonem i poudawać znanego pieśniarza, przy pełnym szczerym aplauzie pozostałych członków omady, w tym Hawajczyków. Wszak nie ma nic piękniejszego od buzukia. Przecież każdy Hawajczyk tańczyłby zeibekiko, gdyby buzuki zawędrowało na Hawaje.
Odsłona 4 czyli czego już się nie da odzobaczyć
Pokazy drużyn. Apogeum ludyczności, kwintesencja kiczu Wszak mamy karnawał. 500 osób na widowni, profesjonalne kamery, dymy na scenie, światła, lasery i 32 omady. Każda ma średnio 5 minut na pokaz. Po naszym udanym wykonie, idziemy z Markiem na antresolę i resztę „koncertu” obserwujemy z góry. Potrzebujemy dystansu .
Im dłużej się na to gapimy, tym bardziej obco się czujemy. Wiemy, że przecież nie może być inaczej. Nie znamy ani tych artystów, za których poprzebierali się członkowie omad. Wyławiamy słowa, ale nie łapiemy kontekstu, nie rozumiemy dowcipów. Baby poprzebierane za chłopów, chłopy za baby, wszyscy udają greckich piosenkarzy i celebrytów, nikt nie śpiewa naprawdę, publiczność szaleje, trąbki, gwizdy, okrzyki i oklaski, na scenę sypią się naręcza papierowych kwiatów i całe opakowania białych serwetek (kwiaty i serwetki rzucane podczas wieczorów buzukia zastąpiły dawne tłuczenie talerzy). I tak przez 3 godziny. Jesteśmy dwójką Polaków którzy jakimś zbiegiem okoliczności tańczą hula w kreteńskim karnawale. Studium bycia xenoi czyli obcym. Pełna akceptacja i zrozumienie tej obcości.
– Co byśmy nie zrobili, będziemy „iperochoi” (iperochi – wspaniali) – mówi Mina.
I jest to dla mnie najważniejsza lekcja greckości.
Odsłona 5 Imprezy towarzyszące czyli o uwielbieniu dobrej zabawy
Trochę tych okołokarnawałowych imprez było. Było kopi pitas (krojenie ciasta noworocznego vasilopita), tsiknopempti (tony mięsa z grilla na dymny czwartek) Każda omada (drużyna) ma swoje imprezy.
Wciąż dźwięczy mi w głowie impreza Aloha Beach Party Winter Edition w klubie Bonobo w Rethymno. Po raz pierwszy w ciągu 8 lat naszego mieszkania na Krecie skosztowaliśmy clubingu w retymnońskim stylu. Beach party to beach party. Ktoś w ręczniku, ktoś w kostiumie, z kremem na policzkach, w różowej peruce, z pompowanym delfinkiem, deską ze słonecznego patrolu.
Mogłabym pooglądać netflixa, skitrać się w kocyk i smacznie spać w domu, ale jednak wyciągnęłam z zalegającej w kącie szafy sterty letnich ciuchów tęczowe sindbadki, żeby pokicać w Bonobo. Czy to nie o to chodzi w karnawale? Trochę się wygłupić, trochę szurnąć nóżką, pośmiać się, o czymś zapomnieć.
– Jedziemy do Matala – krzyczy do mnie Mina. – Jedziesz z nami?
Odsłona 6 czyli tuż przed wielką paradą
W kącie hangaru dumnie prezentuje się nasza „arma” czyli platforma karnawałowa. Zadziwia mnie fenomen jej powstania, bo pamiętam przecież te gazeciane ścinki, od których się wszystko zaczęło. Płaskie kolory kwiatów i morza otrzymują swoją fakturę. Suzana szczoteczką do zębów mierzwi grzywy fal. Listki i płatki kwiatów, a nawet strumienie lawy spływającej z krateru nabierają pełni, muskane delikatnymi odcieniami żółci, zieleni, czerwieni, pomarańczu.
Nasze zadania na dziś to wypełnić czarną farbą małymi pędzelkami drobne białe kropeczki na styropianowych głazach u podnóża wulkanu. – O! I jeszcze tam została taka mała biała kropeczka – woła do mnie jedna z kobiet.
Potem malujemy toń morską. Manolis przestrzega mnie, żebym boże broń, nie wjechała turkusem na skały. Sam z dokładnością astronauty odcina małym pędzelkiem brzeg naszego morza.
– Gdyby te tutejsze ekipy budowlane były tak skrupulatne i dokładne jak nasza omada – szepcę do Marka.
Doprawdy jesteśmy pod wrażeniem ogromu i jakości tej pracy. Zaczynaliśmy od papierowej kupy, po drodze śmialiśmy się, wygłupialiśmy, tańczyliśmy, sprzeczaliśmy, sporo razem zjedliśmy i wypiliśmy. Nasza arma. Jak dla mnie – magia…
Jesteśmy gotowi. W sobotę o 21 parada nocna. W niedzielę o 13 wielka parada. Ma lać. Piękna katastrofa?
Odsłona 7 Wielka Parada
Karnawał pokazał nam, że Grecy potrafią stworzyć coś z „gazecianych ścinków”, potrafią pracować szybko, skrupulatnie, sprawnie, z wielkim pietyzmem, kreatywnością i starannością. Potrafią, jeśli CHCĄ, zwłaszcza jeśli wiąże się to z przyjemnością, z zabawą, i nie ważne, że efekt ich pracy zabłyszczy jedynie na krótki czas parady, na kilka godzin, by potem znów w większości przypadków obrócić się w pył, tudzież w gazeciany proch.
Okazało się też, że są mistrzami w wyjmowaniu kija z d…y, wszak parada w Rethymno to apogeum zabawy kiczem, satyry, wygłupu. Tu gruby chłop bez problemu wzuje majty z cekinami i rajtuzki.
Udział w paradzie to dziwne przeżycie, w paradzie się nie myśli, nie rozkminia, w paradzie się tańczy, biegnie, gwiżdże, wymachuje rękami, śpiewa, wygłupia, podąża za energią. W paradzie jest gorąco i głośno. Parada wytwarza okno pogodowe. Prognozowane 26mm deszczu co miało spaść w niedzielę, nie spadło, zamiast tego na czas parady wyszło słońce.
Na razie jeszcze nie wiem po co nam to było. Na razie jeszcze nie wiem, czy chcielibyśmy powtórzyć za rok. Wiem natomiast, że z pewnością wolę uczestniczyć niż obserwować. Wiem też, że teraz Rethymno jest jeszcze bardziej nasze.
Ale przede wszystkim czuję, że cykl się domknął. Czas wrócić do zielonych, wiosennych łąk naszych, uspokoić przebodźcowane ciało, ukoić uszy, w których łomot i gwizd. Czas na kojącą ciszę.
Filmiki z parad:

























