Zimowe wędrówki
– Stęskniłaś się już za latem? – spytał mnie Marko znienacka.
– No coś ty! W ogóle! – odpowiedziałam szybko, bez zastanowienia.
A przecież kiedyś marudziłam na te kreteńskie zimy, że wilgoć, że grzyb, że pizga i ziąb.
A teraz? Napawam się zimą.
Widzę czyste, surowe piękno, które się nie narzuca, nie zaleca. Kamienie stukają pod butami, rozmowy zastygają na chwilę w pustce wąwozu Imbros. Zimowe światło kładzie się w zielonych liściach asfodeli i na białej wełnie owiec. Morze tłucze grzywami fal o skały, swobodne, dzikie, nieposkromione.
Nie możemy usiedzieć w domu. Zostajemy w nim gdy wieje południowy wiatr notias, który zasnuwa płowym pyłem kontury wzgórz i gasi wiosenne kolory.
Czekamy aż deszcz zmyje kurz. I znów niebo nad Agiofaraggo – czyste i błękitne, gaje zielone, szczawik żółciutki, morze turkusowe, Psilo biały… Dzwonią dzwonki owiec, beczą kozy i … pohukuje sowa. Dnem snuje się leniwie strumyk.
Plaża w Matala puuuusta. Kawa w jedynej czynnej kawiarni.
W ciszy słyszę wyraźnie czysty głos prosto z serca: – Tak, moja zielona Wyspo, nie ma piękniejszej od Ciebie.
Z każdym krokiem narasta we mnie wzruszenie i wdzięczność, że mogę tu być.
















