Kreta, która odchodzi – opuszczona wioska Perivolakia
> Kreta Prawdziwa <
Po 2 godzinach wędrówki wąwozem Kapsa dotarliśmy do maleńkiej wioski Perivolakia.
– „Prawdziwa Kreta” – szepnęłam urzeczona.
Stare skrzynki z drewnem na opał, wybita szybka w obluzowanym skrzydle drzwi, przerdzewiały pomarańczowy dostawczak Nissan Vanette zaparkowany na wieczność pod drzewem karobu, zabite deską okno, pasiaste płótno w wejściu, jakiś łańcuch strzegący dawnych tajemnic, czas, który utknął w zamkniętych, ciemnych wnętrzach, zapomniana historia, zawiesista cisza, zatęchła w ciasnej uliczce. Jedynym śladem ludzkiej krzątaniny okazało się pranie suszące się na sznurku w jednym z domostw i bielutki, wypieszczony summerhouse ze świeżo pomalowaną granatową furtką. I może jeszcze bujne pelargonie nacierające żywiołowo na obdrapane okiennice
„Prawdziwa Kreta” – tak na to mówią, choć dla mnie to raczej „dawna Kreta”, taka, która właśnie na naszych oczach odchodzi. I jedyną prawdą o tej Krecie jest raczej widoczny, namacalny proces wyludniania wiejskiego interioru.
– Czy ta wioska różni się znowu aż tak bardzo od naszego Mourne? – zapytał Marek.
– To Mourne za kilkadziesiąt lat – stwierdziliśmy wspólnie i posmutnieliśmy.
Perivolakia to urocza wioska, ale niestety dogorywająca, na granicy zaniku, podobnie jak wiele innych wiosek kreteńskiego interioru. Sporadycznie pomieszkuje tu kilku mieszkańców, czasem „letnicy” przyjadą do summerhouse’u. Perivolakia znaczy mały ogródek albo sad, ale mało kto coś tu jeszcze uprawia. Zostało trochę gajów oliwnych.
Młodzi wyjechali za edukacją, pracą, lepszym, wygodniejszym życiem. Mieszkańcy przenieśli się niżej, do drogi, do wybrzeża, tam gdzie turysta, gdzie szkoła, sklep, tawerna, szklarnia, gdzie bieżąca „prawdziwa Kreta”, ta z parasolkami na plażach, z zimnym freddo z beachbaru, z pachnącą chlebem piekarnią, z betonowymi hoteliszczami z rzędem palm, kawałkami szklarniowej folii w krzakach i siłą roboczą z dalekiego wschodu.
Oczywiście nie dziwi mnie proces wyludniania wiejskiego interioru. I nic raczej tego powolnego zanikania „dawnej Krety” nie powstrzyma. Rozwój, usługi i turystyka koncentrują się przecież w miastach i na wybrzeżu a rolnictwo i pasterstwo kojarzy się już tylko z ciężką fizyczną pracą, niskimi dochodami, problemami z wodą i protestami na autostradzie.
W rejonie Spili nie ma aż tylu „wiosek duchów”, jak na wschodzie wyspy, ale wiele z nich jest już na granicy wyludnienia. Interior zestarzał się i opustoszał, umierają te cudowne, wielbione przez turystów „babcie w czerni”. Kto poczęstuje nas arbuzem i świeżymi kallitsounia? Gdzie zrobimy fotę dziadków w kafeneio, obracających komboloi w dłoniach?
Do lat 40tych nasze Mourne było samowystarczalną, rolniczą, rozwijającą się wioską z 546 mieszkańcami. Zgodnie ze spisem, w 2021 liczba mieszkańców spadła do 159, choć realnie całorocznie mieszka tu ok 60 osób. Pozostali, w tym część ekspatów, pojawiają się tylko okazjonalnie. Nie ma tu turystyki (tak jak w Plakias), nie ma żadnych funkcji administracyjnych (jak w pobliskim Spili), ani też dużego dochodowego rolnictwa.
Cóż miałoby zatrzymać młodych? W ciągu ok. 80 lat wieś straciła ponad 2/3 populacji, najwięcej bo aż 30% w latach 1961 – 1971 wskutek masowej emigracji do miast i za granicę. Nie ma tu dzieci, ani młodych rodzin, szkołę dawno zamknięto. Wieś powoli „gaśnie”, co obwieszczają świeże nekrologi na słupach.
Na szczęście prężnie działa tawerna – kafeneio Varvary i Nikosa. Coraz więcej ekspatów kupuje i remontuje stare domy. Mourne raczej nie „zniknie” całkowicie, ale przy obecnych trendach może stać się prawie pustą wsią w ciągu 20–40 lat. W najlepszym scenariuszu wieś przetrwa z garstką stałych mieszkańców i zakręconych na punkcie „Krety dawnej” ekspatów.
Więc gdy pędzicie „rentacarem” ku plażom i atrakcjom, poświęćcie chwilę takim wioskom, zwolnijcie, wysiądźcie, pozwólcie się im oczarować, wyciszyć, zadumać.
Spieszcie się kochać Kretę, która odchodzi…










