Wpadki przy nauce języka greckiego
Dziś Międzynarodowy Dzień Języka Greckiego. Wiedzą to wszyscy zakochani w Grecji Polacy. Ale nasza pani od greckiego – nauczycielka greckiego w szkole w Anogia tego nie wiedziała. Cóż nie pierwszy raz przekonujemy się, że podchodzimy do tego, co greckie z większym nabożeństwem niż sami Grecy.
Przez całe lata, podczas naszych wakacyjnych pobytów na Krecie, grecki był dla nas jedynie egzotycznym konglomeratem niezrozumiałych, aczkolwiek przepięknie brzmiących słów wypowiadanych przez lokalesów z szybkością karabinu maszynowego….(tikánetepediá? elátemésa tapiúmeénankafé kietadúme timageíreviMaríasímera)
Stopniowo zaczęliśmy wyławiać poszczególne frazy, zwroty grzecznościowe, lokalne przekleństwa. Kalimera (dzień dobry), ti kanis? (jak się masz?), malakas (d..pek, idiota, ale też wśród znajomych – stary, koleś).
Po przeprowadzce na Kretę wcale nie było różowo… Owszem dość szybko opanowaliśmy ograniczoną liczbę zwrotów i podstawową gramatykę, co pozwoliło nam się (jako tako) dogadywać się z Kreteńczykami w sytuacjach codziennych – w sklepie, urzędzie, tawernie, na stacji benzynowej.
Nie obyło się bez nieporozumień i sytuacji wręcz przezabawnych. Mój „grecki” wywoływał nieraz konsternację, politowanie lub nawet … salwy śmiechu.
Trzeba wam wiedzieć, że w mowie Homera i Arystotelesa czai się sporo pułapek, w które łatwo wpaść może nieopierzony i niezbyt pilny uczeń – taki jak ja… Wystarczy źle zaakcentować dane słowo, lub przestawić lub zmienić w nim dosłownie jedną literę i wpadka gotowa!
Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy tankowałem na zaprzyjaźnionej stacji benzynowej i zamiast standardowego „giemato parakalo” (do pełna poproszę), wypaliłem „gamoto parakalo” (p*#%^olić to poproszę. Christos, który obsługiwał stację nie był w stanie opanować śmiechu.
Innym razem kupowałem miękki ser „malako” i źle postawiłem akcent (zamiast ostatnią, zaakcentowałem drugą sylabę). Mina Joanny, która sprzedaje najlepszą mizithrę w okolicy była bezcenna….
No i jeszcze ta nieszczęsna wpadka podczas jednej z lekcji greckiego (a to historia dosłownie sprzed paru dni). Odmieniałem w różnych czasach słowo „kleo” („płakać”) i w czasie przeszłym, zamiast prawidłowego „eklapsa” powiedziałem z dumą w głosie: „eklasa” („pierdną..em”). Nasza daskala (nauczycielka) popłakała się ze śmiechu…
Także nie jest łatwo. Ale nie poddajemy się!
Korzystając z większej ilości wolnego czasu poza sezonem, uczęszczamy na prywatne lekcje greckiego. Powoli (siga, siga), rozbrajamy go w pocie czoła, ciesząc się niezmiernie z każdego nowo poznanego słowa, opanowania kolejnej reguły gramatycznej, zrozumienia jakiegoś artykułu w gazecie. Przysłuchujemy się rozmawiającym w pobliżu Grekom z uwagą i dziką satysfakcją, kiedy uda nam się z ich „koutsompolio” (plotkowania) wywnioskować co Maria ugotowała na obiad i o co Janis pokłócił się z Nikosem.

